Słoweńska majówka w relacji czytelnika visitslovenia.pl

Materiał ukazał się pierwotnie w Magazynie Miłośników Subaru „Plejady” nr 73 (4/2017)  

Pomysł na majówkę ‘17 siedział w mojej głowie od dawna; fakt – Słowenii nie było w planach, ale jak to w życiu bywa – coś tam zaświtało, zastukało i obecnie jesteśmy już „po” tygodniu majowych wakacji w tym malutkim, ale przepięknym kraju.

Ten mikroskopijny kraj, przeważnie traktowany przez rodaków jako tranzyt w drodze na wybrzeże chorwackie, jest zwyczajnie niedoceniony. Mając niespełna 21 mln (2,1 mln – przyp. red) mieszkańców (w stolicy mieszka więcej niż 1/10 społeczeństwa) i raptem 21 tys. km² powierzchni, – posiada na swoim terytorium wszystko, co jest dla turysty jak najbardziej pożądane… W Słowenii każdy znajdzie coś dla siebie. Wspaniałe wzgórza z rozległymi winnicami na wschodzie kraju, słoneczne wybrzeże (którego wielkość jest adekwatna do wielkości tego państwa), cudowne jeziora (ich „ilość” również idealnie pasuje do wielkości Słowenii, ale tak zaciszne i pełne uroku, przynajmniej w maju, że nie chce się stamtąd wracać do naszych zatłoczonych miast), masyw Triglavu, najwyższego szczytu Słowenii, a jakby tego było mało, fantastyczne zjawiska krasowe – w postaci jaskiń i wąwozów.


Bezpłatna rezerwacja noclegów w Słowenii >


Jaskinie to odrębny temat, wynika z moich zainteresowań, stąd w trakcie tego krótkiego pobytu zaliczyliśmy dwie. Uwierzcie, na każdą z nich trzeba liczyć co najmniej 4 godziny, a licząc dojazd – robi się z tego wypad na cały dzień. Oczywiście, osobiście uważam, że Polska i tak jest najpiękniejsza…

Przy planowaniu podróży skorzystałem z pomocy portalu visitslovenia.pl . Dzięki radom twórców tej strony, szczególnie pana Pawła, udało się zorganizować noclegi. Istotne jest to, że miłośnicy i propagatorzy tego pięknego kraju są bezinteresowni, Przynajmniej z punktu widzenia turysty takiego jak ja… Ale po kolei…

 

 

Noc 30 kwietnia 2017 – Levorg (Subaru – przyp. red.) zapakowany, pojemny bagażnik pełen, dał, o dziwo, radę, mimo że jechały cztery osoby dorosłe, w tym trzy dorosłe kobiety! Winiety przyklejone (kupione wysyłkowo dotarły na czas).

Podróż przez Czechy, Austrię i do Słowenii. Pierwszy cel to przepiękne wzgórza z winnicami w okolicach Jeruzalem, a dokładnie mała miejscowość Kog, oddalona o niespełna 600 km od południa Polski. Niestety już w Czechach zastrajkowała nawigacja w aucie – błędny odczyt karty SD, ale po kilkukrotnym włączeniu/ wyłączeniu ruszyła i już się problem nie pojawił. Mimo to pot zrosił przez chwilę moje czoło, auto miało raptem 2 tys. km przebiegu, a map papierowych zbytnio nie analizowaliśmy przed podróżą – bezpiecznie spoczywały w bagażniku (w końcu licho nie śpi…).

Wśród słoweńskich winnych wzgórz zatrzymaliśmy się w gospodarstwie agroturystycznym państwa Hlebec, a tam – cisza, spokój, kameralne warunki i… doskonała kuchnia. Dla kogoś, kto spragniony jest obcowania z naturą, uwielbia piesze bądź rowerowe wycieczki – to miejsce godne polecenia, w którym można naprawdę wypocząć. Nasza przyjaciółka Agnieszka, towarzyszka podróży, była w siódmym niebie – łono natury, naturalne produkty, zdrowa kuchnia, czyste i świeże powietrze – to jest to, co każdy pokocha. I jest to miłość od pierwszego wejrzenia!

 

 

W trakcie dwudniowego pobytu odwiedziliśmy także pobliski zamek w miejscowości Ptuj, znanej naszym rodakom raczej z tranzytu na Chorwację. Polecam zdecydowanie zatrzymać się w niej na kilka godzin. Okolica słynie także ze źródeł termalnych, z których najbliższe oddalone są raptem o 15 km od Ptuj. Wieczorne spacery wśród winnych latorośli przy zachodzącym słońcu, zakochane oczy mojej małżonki (mamy już ćwierć wieku stażu za sobą, a mimo to potrafię ją czasami zaskoczyć), do kolacji miejscowe wino o wdzięcznej nazwie „Amore” – to gotowy przepis na udane wakacje.

Czas goni, kolejne atrakcje przed nami, po relaksującym pobycie w winnicy państwa Hlebec – kierunek wybrzeże, a po drodze – perełka Słowenii: jaskini wodna Krizna Jama. Muszę zaznaczyć, że zwiedzanie w naszym wariancie (czyli czterogodzine) wymaga wcześniejszej rezerwacji. Ale uwierzcie – warto… Uzbrojeni w twarzowe, czerwone kombinezony, gumowce, kaski i lampy – ruszyliśmy w ciemne czeluście pod opieką przewodnika Gaspara, młodego przewodnika i miłośnika tej wodnej jaskini.

95% zwiedzania odbywa się w nurcie podziemnej rzeki i poprzez kilkanaście jezior, na pontonach. Wybrana przez nas wersja zwiedzania (Aga jako „rozsądny” członek naszej ekipy z początku protestowała przeciwko takim atrakcjom, ale summa summarum była zachwycona!), zakładała 4 godziny zwiedzania/pływania w maksymalnie 4-osobowym składzie, gdzie istotny jest limit wagowy – i to był strzał w dziesiątkę. Jak już wspomniałem wcześniej, zwiedzanie wymaga wcześniejszej rezerwacji, a dwa dni przed naszym przyjazdem poziom wody w jaskini uniemożliwiał jej zwiedzanie, na szczęście opadł na tyle, że w dniu przyjazdu nie było z tym problemu. Na samym końcu czekała na nas mała niespodzianka. Nasz niezawodny przewodnik przygotował dla nas w czeluściach podziemnego świata kawę i herbatę, do wyboru. Po pamiątkowych zdjęciach czekała nas droga powrotna…

 

 

Krizna Jama to był etap podróży nad słoweńskie wybrzeże. Po czterech godzinach spędzonych w podziemnym świecie udaliśmy się do Portoroz. Dwa dni pobytu w tym kurorcie tylko potwierdziły urok słoweńskiego wybrzeża. Portoroz to centrum hotelowo-turystyczne, natomiast wystarczyło kilkanaście minut spaceru wzdłuż wybrzeża, by znaleźć się w innym świecie – w Piranie… A w nim nuta historii, wspaniałe widoki, wszędobylskie czerwone dachy… – Cała nasza czwórka była zachwycona tym miejscem. Cypel wcinający się w morze, gdzieś tam za horyzontem Włochy i Wenecja – to wszystko tylko utwierdziło nas w słusznej decyzji o zwiedzeniu tego pięknego zakątka. Widok z murów miejskich – niezapomniany! Mimo początku maja pogoda była bardzo, bardzo udana, a w ojczyźnie ulewy i zimno…

Polecam zimne piwo, koniecznie miejscowe, w knajpce na samym brzegiem morza, koniecznie w Piranie natomiast bardziej przyziemne sprawy, na przykład nocleg, już w Portoroz, gdzie spacer wieczorem w towarzystwie świateł i neonów hotelowych też ma swój urok.

Po wspaniałych prawie trzech dniach na „olbrzymim” (raptem czterdzieści parę kilometrów linii brzegowej) słoweńskim wybrzeżu przyszedł czas na kolejny punkt programu… Nie ukrywam, że z bólem serca opuszczaliśmy to miejsce, by udać się w Alpy Julijskie, rejon Triglava i wspaniałych słoweńskich jezior – Bled, Bohinj i innych… Pogoda była trochę deszczowa, więc szybka i krótka dyskusja zakończyła się jednomyślną: decyzją: jedziemy do jaskini Postojna! To zaledwie kilkanaście kilometrów od naszej trasy, a w końcu to jedna z największych atrakcji tego maleńkiego kraju. Było warto…pociągiem do wnętrza ziemi, potem na własnych nogach i znowu powrót koleją szynową… Eh, nigdy nie byliśmy w takim miejscu! Tak bogatym w utwory geologiczne, tak wspaniałym, że zwiedza się je w zadumie, że natura może stworzyć coś tak szalenie pięknego…

 

 

Kto był, wie, kto jeszcze nie był – to naprawdę powinien obejrzeć. Zwiedzanie „komercyjne”, w tym jazda kolejką szynową do serca jaskini, trwa dwie godziny. Brak słów, by opisać to miejsce. Z uwagi na piękno tego cudu natury pomijam ogólnie panującą komercję, doznania wzrokowe podczas zwiedzania to klasa światowa!

Jeszcze przed wejściem kompletne zaskoczenie – spotkaliśmy naszych przyjaciół z Polski, a nawet całą grupę znajomych, którzy zwiedzali ten kompleks jaskiń w ramach wycieczki (świat jednak jest mały…). Pozdrowienia dla Mirka i Agi – mieszkamy kilka kilometrów od siebie, a spotykaliśmy się w tak odległym zakątku Europy.

Po dotarciu nad jezioro Bled i załatwieniu spraw noclegowo-pobytowych nie czekaliśmy na aklimatyzację i postanowiliśmy obejść to niezbyt duże, ale szalenie urocze jezioro. Do obejścia bez fotek wystarczy 1,5 godziny, natomiast z podziwianiem widoków, robieniem zdjęć – minimum 3 godziny… Nie zapomnimy napotkanego tam polskiego małżeństwa z małym Kazikiem… Było to kolejne sympatyczne spotkanie na obcej ziemi…

Polecamy także bledzkie kremówki (kremna rezina – przyp. red.) – to coś à la nasze kremówki papieskie rodem z Wadowic, ogromne porcje, które w naszej towarzyszce podróży Agnieszce budziły sprzeczne emocje, bo to przecież bomba kaloryczna, ale naprawdę smaczna… Na szczęście moja córka i małżonka skutecznie zgasiły jej „zdrowożywieniowe” nawyki i dane było nam się tymi specjałami rozkoszować. Przynajmniej ten jeden raz…


Bezpłatna rezerwacja noclegów w Słowenii >


A samo jezioro? Fotografie w niewielkim stopniu oddają jego piękno, wyspa z cerkwią, na którą można dostać się na trzy sposoby: wynająć łódkę, wynająć łódkę z wioślarzem lub najprostszy sposób – po prostu wpław.

Zachwyca kolor i czystość wody, niespotykana zbyt często w naszej ojczyźnie. Generalnie to charakterystyczne dla Słowenii – dbałość o czystość natury, czego dowodem jest właśnie otoczenie tego jeziora, i nie tylko tego. Jeszcze nie raz było nam dane o tym się przekonać.

Kolejny dzień to okolice jeziora Bohinj, wspaniałe otoczenie, wśród wysokich gór, niezniszczone przez przemysł i turystów. Obejście tego akwenu to minimum cztery godziny, ale damskie gremium ustaliło, że nie tym razem, że za rok… Wobec przewagi liczebnej żeńskiej płci byłem zmuszony się poddać, ale to punkt programu na kolejny wypad, w następnym roku.

Będąc w Bledzie, nie można pominąć kolejnej okolicznej atrakcji – wąwozu Vintgar. Eh, łezka się kręci na wspomnienie… Sam wąwóz to trasa ok. 1 600 m w jedną stronę, ale trzeba wrócić tą samą trasą, chyba że ma się czas bez limitu i piękną pogodę, to jest opcja powrotu górską ścieżką, na północ od Vintgaru (może za rok). To, co uwieczniliśmy na fotografiach, mimo że robi wrażenie, nie oddaje piękna tego miejsca. To trzeba zobaczyć na własne oczy! Osobiście przekonać się, że woda może mieć niespotykaną barwę i czystość.

Tydzień minął szybko, zbyt szybko. Już teraz jesteśmy zdecydowani – w 2018 roku, w ostatnim tygodniu maja, wracamy do Słowenii… Dlaczego w maju? Z kilku powodów:

  • nie ma morderczych letnich temperatur, a jest już przyjemnie ciepło, nawet gorąco (opalenizna gwarantowana!),
  • ilość turystów jest znośna, w letnie wakacyjne miesiące jest masa turystów (to opinie miejscowych, z którymi się przyjemnie rozmawia, są bardzo życzliwi i nigdy nie odmawiają pomocy),
  • Jaskinia Skocjańska,
  • Triglav,
  • i długo jeszcze moglibyśmy wymieniać…

Zdecydowanie polecamy Słowenię osobom, które, tak jak my, nie lubią się prażyć, wylegiwać na plaży, a preferują aktywne zwiedzanie.

Zapytacie: a Subaru? Cóż, dystans ok. 2 tys. km, auto załadowane, prędkości autostradowe, góry, góreczki, miasta, wioseczki itd. Średnie spalanie 7,4 l/100 km, co uważam za wynik lepiej niż dobry, wręcz niewiarygodny, ale prawdziwy. Kręgosłup w wygodnych fotelach nie protestował, towarzyszki podróży na wygodę nie narzekały, jednym zdaniem: zgodnie z oczekiwaniami.

Tekst i zdjęcia: Krzysztof Baran

Materiał ukazał się pierwotnie w Magazynie Miłośników Subaru „Plejady” nr 73 (4/2017)  

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *